MUQATIL AL KHALIDIAH zwycięzca SHEIKH ZAYED BIN SULTAN AL NAHYAN Nagrody EUROPY
SHEIKH ZAYED BIN SULTAN AL NAHYAN - Nagroda EUROPY - dekoracja
BYŁ PRAWDZIWYM AUTORYTETEM 2010-07-29


BYŁ PRAWDZIWYM AUTORYTETEM

Wspomnienie o Jerzym Eliasie


"Sędzią starterem był wówczas Jeremiasz i sam uważał za cud, że udawało mu się te konie puszczać mniej więcej razem. Skromność przez niego przemawiała, równiej ruszały niż teraz, a do tego jeszcze miał rekord wszechświatowy i był to widok, jakiego do śmierci nie zapomnę ani ja, ani nikt z tych, co nań patrzyli. Szło dwanaście koni w Derbach i Jeremiasz puścił je tak, że po całym torze gruchnęły oklaski. Dwanaście koni w jednym szeregu, w nieskazitelnie równej linii, w tym samym ułamku sekundy uniosło przednią nogę do góry i razem rąbnęło kopytem. Cud zdarza się raz, sztuka to był wielka, niepowtarzalna i niezapomniana".

Powyższy fragment pochodzi z książki Joanny Chmielewskiej pt. "Wyścigi", a pod imieniem biblijnego proroka Jeremiasza kryje się oczywiście postać najsłynniejszego polskiego startera - Jerzego Eliasa, nazywanego Eliaszem. Dziś, gdy nie ma Go już z nami, staramy się przypominać jego zasługi. O tym, że był wspaniałym fachowcem, ten cytat, odnoszący się do startu w Derby w roku 1971, świadczy bardzo dobitnie. Autorka, znana z ostrego języka, która na nikim ze Służewca nie pozostawiła suchej nitki, jedynego Jerzego Eliasa opisała niemal ze czcią. Chmielewska i Elias wystąpili nawet kiedyś razem w programie telewizyjnym, podczas którego autorka powtórzyła swoje pochwały. Pan Jerzy wspominał to zdarzenie z rozbawieniem, a nagranie programu znalazło się na jego ulubionej kasecie wideo. Miał tam zebrane same ważne wydarzenia, m.in. relacje z Wielkiej Pardubickiej, przy której asystował z polską ekipą jako weterynarz, czy zwycięskie starty Niespodzianki, której przywrócił zdolność do biegania, mimo że wszyscy spisywali klacz na straty.

O tym, że Jerzy Elias był świetnie zapowiadającym się jeźdźcem, niezwykle uczciwym sędzią u wagi, specjalistą od końskich nóg w służewieckim szpitalu, czy wreszcie jedynym polskim sędzią starterem klasy międzynarodowej, pisano już wielokrotnie. Warto oczywiście przypominać rekordy (np. załadowanie do start-boksów 11 dwulatków w ciągu 12 sekund), które świadczyły o jego profesjonalizmie. Nie można jednak zapominać, że prócz tego, iż był wspaniałym fachowcem. Jerzy Elias był także mistrzem, nauczycielem i serdecznym przyjacielem wielu ludzi na wyścigach. Był prawdziwym autorytetem.

Pierwszy raz spotkałam Jerzego Eliasa w końskim szpitalu. Zwrócił mi uwagę, że nieprawidłowo trzymam konia podczas zabiegu. Zrobił to niezwykle grzecznie, ale tonem nie znoszącym sprzeciwu. Natychmiast skojarzyłam, że ten miły, stanowczy człowiek musi być legendarnym panem Eliaszem. Potem spotykaliśmy się już w redakcji "Programu Wyścigów Konnych", gdzie często zaglądał. Co ciekawe - i rzadkie w wyścigowym środowisku - Jerzy Elias przychylnie odnosił się do dziennikarzy. Cenił np. artykuły Małgorzaty Caprari w "Nowej Europie", był także zaprzyjaźniony z całym zespołem "Z m. do m." Wynikało to chyba z jego przekonania, że ktokolwiek zajmuje się w jakiś sposób końmi, powinien to robić dobrze. Dlatego nie tylko szkolił jeźdźców i sędziów starterów, ale też pouczał amatorki w szpitalu i zawsze chętnie udzielał informacji dziennikarzom, by poszerzać ich wiedzę.

Do redakcji "Programu" wnosił wiele uśmiechu. Pan Docent - bo lubił, by go tytułować ulubionym przezwiskiem - żądał z miejsca mocnej czarnej kawy (tylko prawdziwej), a w zamian serwował opowieści. Dla żeńskiej części działu wydawnictw i marketingu zawsze miał w zanadrzu komplementy. Swoim starym zwyczajem wszystkie panie nauczył, by podawały mu lewą rękę. Żadna się nie myliła, bo wtedy zamiast szarmanckiego pocałunku, otrzymałaby wyścigowy uścisk dłoni, od którego pękały kości. Gdy przy naszym drugim spotkaniu podarowałam mu zdjęcie, które kiedyś otrzymałam od dżokeja Jana Koniecznego, bardzo się wzruszył, bo nie miał takiego w swoim archiwum. Była to pamiątka z jubileuszu dziesięciolecia pracy starterskiej, kiedy to Jerzy Elias wystąpił w świetnie skrojonym fraku i cylindrze. Wyznał mi wtedy, że elegancja to obok refleksu czy znajomości końskiej psychiki, także bardzo istotna cecha startera. Po prostu dobrze prezentujący się sędzia od razu zyskiwał wśród jeźdźców większy posłuch. By jeszcze bardziej dodać powagi swemu stanowisku, pan Jerzy z najlepszymi znajomymi pod maszyną przechodził na pan. Tak było uczciwie. Na starcie nie było kolegów i nikt nie mógł liczyć na łagodne traktowanie. Przed rokiem 1975, czyli przed wprowadzeniem start-boksów, jeźdźcy, którzy chcieli przechytrzyć rywali, nie raz zawiśli na linach. Przeklinali wtedy startera za jego nieustępliwość, ale nie mogli mu zarzucić, że kogoś faworyzował.

Od czasu jubileuszowego zdjęcia pan Docent ochrzcił mnie "Perełką" i obiecał, że kiedyś wspólnie coś do "Progaramu" o nim napiszemy. Ale - postawił warunek - muszę się przedtem jeszcze trochę nauczyć. I tak się zaczęło podsuwanie mi ciekawych książek, wycinków prasowych czy kaset wideo. Musiałam też przyjść na matury. Tę nazwę wymyślił Jerzy Elias przed wielu laty, ale świetnie funkcjonuje ona do dziś. Matura to egzamin dla młodych koni, które uczą się na zielonym torze wchodzić do maszyny i dobrze przyjmować start. Innym trafnym powiedzeniem pana Jerzego był zwięzły opis cech dobrego dżokeja. Powinien on mianowicie mieć: nogi jak obcęgi (trzymać się na koniu), ręce jak jedwab (silne, ale delikatne), serce jak stal (za bardzo się nie przejmować) i rozum jak strzała (myśleć i mieć refleks).

Na maturach można się było naprawdę przekonać, jak ciężka jest praca startera i z bliska zobaczyć sztuczki służące do wprowadzania opornych wierzchowców - a to zakładanie kaptura na łeb, a to wpychanie za pomocą specjalnych pasów. Jerzy Elias wszystko dokładnie obserwował, by w razie potrzeby służyć doświadczeniem i radą dzisiejszym sędziom - Ryszardowi Jasiukiewiczowi i Zbigniewowi Jurkowi.

Innym razem spotkaliśmy się na maturach, gdy ja przyjechałam pod maszynę na młodej arabce. - No, jako jeździec to się nie popisałaś - skomentował potem mój start. Był to kolejny dowód na to, że uważał, iż cokolwiek się robi związanego z końmi, trzeba to robić z równą perfekcją. Sam dawał przecież najlepszy przykład. Jeśli coś robił, robił dobrze i z zaangażowaniem. Tak samo poważnie podchodził do Derby, jak i do gonitwy włościańskiej zorganizowanej z okazji wystawy zwierząt hodowlanych.

Wreszcie dostałam do ręki prawdziwy skarb, na podstawie którego mogłam napisać tekst o starterze nad starterami. Był to gruby zeszyt-pamiętnik, który prowadził Jerzy Elias junior. Rzecz absolutnie unikatowa. Znalazło się tam niemal całe życie pana Docenta - wycinki prasowe, zdjęcia, a do tego komentarze syna, z których przebijała prawdziwa duma z postępowania ojca. Resztę dopowiedział sam pan Jerzy, podczas swoich wizyt w redakcji "Programu".

Pana Docenta zdarzało mi się też spotykać na porannych treningach. Pomimo iż kłopoty ze zdrowiem nie pozwalały mu na długie wycieczki, lubił wybrać się na spacer po stajniach. W swojej wędrówce zawitał czasem do Czesława Rajewskiego. Wtedy zwykle udawał bardzo surowego. Obaj mieli bowiem taki przesąd: jak pan sędzia pokrzyczał, to trener od razu wygrywał jakiś wyścig.

Niezmiennie Jerzy Elias odwiedzał także Bandziora. Tak nazywał swego imiennika Eliasa - gniadego araba trenującego w stajni Albina Rejka. Z nazwą konia wiąże się historia pomyłek. W Kurozwękach postanowiono jakoś uczcić słynnego startera, a że wszyscy mawiali o nim Eliasz - źrebaka ochrzczono podobnie - Elias. Jerzy Elias był z początku bardzo niezadowolony, gdyż myślał, że ktoś chciał z niego zażartować. Gdy wszystko się wyjaśniło, bardzo polubił araba. Podopieczny trenera Rejka okazał się dobrym wyścigowcem, ale z charakterkiem. Jerzemu Eliasowi przypominał przez to ukochanego Bizeta. Bizet, syn Carmen był tak trudny do jazdy, że tylko uczeń Elias miał odwagę go dosiadać. Cierpliwość i odwaga zaowocowały wieloma sukcesami, ale niestety zerwane ścięgno przedwcześnie zakończyło karierę konia.

Miał Jerzy Elias ulubione konie, miał i ulubionych jeźdźców. Jeśli już kogoś sobie upodobał, pilnie śledził jego poczynania. Tak było niegdyś np. z Mieczysławem Mełnickim. W początkach swojej kariery przeżywał on rozterki i doszedł do wniosku, że chyba nie nadaje się do tego zawodu. Możliwe, że gdyby wówczas nie stanął na jego drodze Elias i nie namówił go do pozostania na Służewcu, wyścigi nie miałyby później legendarnego dżokeja...

Ostatnio Jerzy Elias z uwagą przyglądał się postępom Zdzisława Licy. W ogóle był niezwykle szczęśliwy, że gonitwy płotowe i przeszkodowe powróciły do kalendarza. Mawiał przekornie, że mimo tylu wypadków, są i tak w miarę bezpieczne, bo o ile w płotach można się tylko połamać, w płaskim wyścigu - od razu zabić. Najcięższy wypadek, który uniemożliwił mu dalszą karierę jeździecką zdarzył się przecież w biegu płaskim. Z czasów, gdy sam skakał, Jerzy Elias najmilej wspominał Pośwista. W ubiegłym roku (1998) słynny starter po biegu o Nagrodę Pośwista dekorował zwycięską parę - Ovidiusza i Zdzisława Licę. Przyznał potem, że jest szczęśliwy, że właśnie temu jeźdźcowi mógł gratulować na padoku. Cenił jego umiejętności i upór, i wierzył, że w przyszłości czekają go sukcesy na miarę Wielkiej Pardubickiej.

Trudno się z tym pogodzić, że nie ma już na Służewcu takiego autorytetu, jakim był Jerzy Elias. O tym, ilu osobom go brakuje, świadczyć może tłum, jaki żegnał go 22 maja 1999 roku.

 

Małgorzata Büthner-Zawadzka

(Magazyn „Z m. do m. – Wyścigi Konne” nr 4/1999)

linkor_wyswietl_poz();
2010-09-04
WYCOFANE KONIE  Dzień 36, niedziela 5 września 2010 Gon. I – koń nr 5...

[czytaj więcej]

2010-09-04
Terminy przeglądów hodowlanych koni pełnej krwi angielskiej IWNO  ...

[czytaj więcej]

2010-09-01
Szkolenie dla kandydatów na sędziów wyścigowych 2010 Polski Klub...

[czytaj więcej]

2010-04-09
Punkty sprzedaży programu: w Warszawie  1. Totalizator Sportowy - ul. Targowa...

[czytaj więcej]

linkor_wyswietl_poz();
 
ogrzewanie i klimatyzacja, grzewcze do domu
wakacje, wczasy, podróże
Dachówki ceramiczne